Obecnie posiadam blogi:
o fizyce: fizyka.blox
nie tylko o fizyce:
zbit.blox
czyli adaptowane kopie moich ważniejszych blogowych notek
wersja 31.03.2012 19:54
Zenon z Elei swymi paradoksami powiedział, że odcinek można dzielić
na coraz mniejsze odcinki, aż na nieskończenie małe, czyli że analogowy podział
odcinka jest procesem nieskończonym. I że to kłóci się ze zdrowym rozsądkiem, bo
w ten sposób strzała nigdy nie doleci do celu. - Po 2,5 tysiącach lat cel nazwano
granicą i ją zaczęto liczyć. A gdy tę granice obliczono, powiedziano że ją osiągnięto.
- A przecież nic się nie zmieniło - problem Zenona po prostu inaczej nazwano - strzała
nadal dzieli drogę na nieskończoną ilość nieskończenie małych odcinków i granicznego
punktu nigdy nie osiągnie (w skończonym czasie).
Błąd polega na tym, że pochodną traktujemy jako osiągniętą granicę - uważamy, że gdy obliczymy pochodną, to iloraz różnicowy osiągnął tę granicę. A przecież iloraz nigdy jej nie osiągnie, bo jego mianownik nigdy nie osiągnie zera, bo on nieustannie zbliża się do zera - infinitezymalnie. - Czyli newtonowska prędkość chwilowa, to nie ścisły fakt fizyczny, ale matematyczne dążenie, marzenie fizyka, na szczęście tak dokładne, że wystarcza w inżynierskiej praktyce. Ale nie powinno ono wystarczać filozofom - oni są po to, by dostrzegać więcej. - Pochodna, jak każdy limes, jest nieosiągalną granicą. Żadna strzała do niej, ani nią, nie doleci.
Tak by było, gdyby świat był analogowy. Bo właśnie go opisuje pochodna.
A przegapili ten fakt i matematycy i fizycy i filozofowie. Że na błędnych założeniach nasza nauka stoi. - Bo nawet to, że herbata prawie zawsze doleci do szklanki, świadczy o tym że nasz świat nie jest analogowy, ale korpuskularny. I że Zenon z Elei ma rację - w świecie analogowym ani Achilles nie dogoni żółwia, ani strzała ani herbata, nie doleci do celu. Gdy droga dzieli się na nieskończenie małe odcinki. Bo taki podział trwa nieskończenie długo. - Nawet nic nie ruszy z miejsca, bo także najbliższy odcinek, dowolnie mały, też dzieli na nieskończoną ilość.
W analizie matematycznej nic się nie kończy. Każdy proces trwa nieskończenie długo. Nawet gdy zbieżny. - Każda strzała leci i leci...
My obliczamy tylko gdzie by ona doleciała, dokąd zdąża.
Tak to widzę ja, może ostatni z filozofów (i tu pojawia się mrugnięcie okiem;).
Kwantową (różnicową) prawdę liczymy tylko w analogowym (różniczkowym) przybliżeniu, które w przypadkach osobliwych liczy absurdy. Oczywistą nieprawdę. - Gdy o tym zapominamy, w tą nieprawdę wierzymy, przestajemy świat rozumieć.
Podobnie „wyjaśniono” wynik Michelsona-Morleya - mówi się, że Einstein ostatecznie i zadawalająco wyjaśnił jego tajemnice, a ja upieram się że Einstein zrezygnował z jej wyjaśnienia. - Bo jak inaczej można nazwać wyjaśnienie w sposób niezrozumiały? Niewyobrażalny.
- Ludzie! Nie nie dajcie się zwariować.
P.S. - Gimnazjaliści. - Zenon najlepiej
zdefiniował limes. Nie ma lepszego sposobu.
A powyższe, i fakty, mówią że świat nie jest analogowy - jest korpuskularny (może kwantowy). Nie można niczego (czegoś) dzielić nieskończenie, bo nigdy nic by się do końca nie podzieliło.
Kiedy Einstein wymyślał STW, wiedział że:
- równania Maxwella nie transformują po galileuszowsku, ale po lorentzowsku;
- eksperyment MM nie wykrył zmiany szybkości światła.
Miał więc następujące możliwości:
- zmienić równania Maxwella tak by transformowały po galileuszowsku;
- zmienić równania Newtona, tak by transformowały po lorentzowsku;
- zmienić coś innego jeszcze jakoś inaczej;
- niczego nie zmieniać.
Wybrał rozwiązanie b, dodatkowo
swoim drugim postulatem zaakceptował niezmienniczość szybkości światła, zauważoną
w punkcie 2, ale jej nie wyjaśnił (nie objaśnił). I przez to nie objaśniona (niepojęta)
jest cała fizyka współczesna. - Ja postąpiłem inaczej i przedstawiam to we wszystkich
moich pracach. W których teraz, jak niegdyś Galileusz, formułuję coraz bardziej
przekonywujące argumenty. Mając nadzieje, że kiedyś będą one takie mocne, jak jego
w Dialogach.
Dalszy ciąg nastąpi.
Fizycy twierdzą, że gdyby istniały obiekty nadświetlne,
to dla nich czas płynąłby do tyłu.
Współcześni fizycy-radarowcy
twierdzą, że sygnał wcześniej wysłany, musi wcześniej wrócić - przed sygnałami wysłanymi
później (tak jak na lewym diagramie). Bo gdyby było odwrotnie, oznaczałoby to, wg
nich, że czas płynie w odwrotnym kierunku, wstecz. Że na prawym diagramie obiekt
B cofałby się w czasie - bo jego linia świata opadałaby w lewo w dół, a nie wznosiłaby
się prawo w górę. Także chwile t2,t'2 powrotu
sygnałów cofałyby się w dół w osi czasu ct, czyli w przeszłość, zamiast normalnie
(naturalnie) wznosić się w przyszłość - jak na rys. lewym (primowana wyżej - nad
nieprimowaną).
|
|
|
|
Sygnał później wysłany (primowany) dociera do obiektu B |
Sygnał później wysłany dociera do obiektu B
|
Prawdę mówiąc, to fizycy współcześni nawet nie znają tych diagramów. I trudno przez to wyczuć, co się roi w ich głowach, upośledzonych ewolucyjnie. - A ja to wszystko tak jasno tłumaczę w moich WWW i blogach (i mniej przystępnie tutaj - a może tam), ale zawsze klasycznie, czyli zrozumiale.
Cała moja fizyka to tylko dwa wzory:
K - ainstainowski współczynnik
Dopplera (a nawet dużo więcej).
A nawet tylko takie:
1T = VT
+ c
2T = - c
światło eT - moje;
gdzie VT
- szybkość echolokalizowanego obiektu.
A nawet tylko dwa wyrażenia algebraiczne:
- sygnał wysłany VT + c
- sygnał odbity - c .
Tylko takie sygnały zawsze! docierają do materii (do odbiornika)
z szybkością c (zobacz diagram
ET - najpierw do echolokalizowanego obiektu, a potem do echolokalizującej go echosondy).
- Tylko na tym polega niezmienniczość szybkości światła, a nie
na jakimś nie tylko niezrozumiałym, ale i nie rozpoznanym ainstainowskim cudzie.
Tylko to wyjaśnia tajemnice wyniku Michelsona-Morleya. I to w sposób
trywialny. A tylko takie sposoby mają znaczenie - bo Natura nie jest taka głupia
by trwonić się w jakichś, np. w relatywistycznych, zawiłościach.
Tylko takim światłem radar echolokalizuje wyłącznie! i bezpośrednio wartości
spoczynkowe.
Całą resztę już z tych wzorów wyprowadzisz.
Ale by cię o tym przekonać, część już ja wyprowadziłem. Kilka z nich
zapisałem w moich blogach a dużo więcej w tej mojej witrynie. A na papierach, dawno
dawno temu, zapisałem jeszcze dużo dużo więcej, ale wtedy chodziło o to, bym sam
siebie o tym przekonał. By to sprawdzić. Samemu sobie udowodnić że to prawda.
Ale gdy mi nie wierzysz a sam sprawdzić nie chcesz - choćby przemyśleć
co ja napisałem - to nie ma na ciebie sposobu. - A warto mnie przeczytać także z
tego powodu, że opisałem także wnioski jakie ze wzorów wyciągnąłem.
Zaś moje blogi to zupełnie co innego - one mają tylko informować o
tej mojej fizyce. Jej fragmentami do niej przekonywać. - Moja fizyka nie jest po
blogach rozrzucona.
Natomiast fizyka Einsteina np. to zupełnie co innego - z jego współrzędnych
wychodzi jedno a ma być drugie. Np. współczynniki Dopplera - ze współrzędnych wychodzą
dwa różne a np. z dylatacji jeden. I trzeba albo to przemilczeć, albo lać wodę -
że tak wychodzi, bo świat jest z zasady niewyobrażalny. Beznadziejnie...
I nic nie poradzisz - nawet Einstein! - W fizyce współczesnej cały czas trzeba coś
i się tłumaczyć i koniecznie jaki cały ten świat dziwny jest. - A to nie świat.
Moja fizyka udowadnia że dziwna jest fizyka współczesna. Obecna. Czyli
ludzie. A na pewno fizycy (współcześni).
P.S. - O powyższym informuje od dawna. Na różne sposoby. Także w tym blogu. - Zobacz np. notki Wielkim wyzwaniem dla fizyki jest stworzenie takiego modelu świata, który da się zrozumieć oraz Światło - jak ono transformuje ?.
Ale fizycy współcześni
wolą by było tak jak jest teraz, bo najłatwiej udowadniać to czego nikt nie rozumie.
Zwłaszcza gdy wystarcza udowodnić tak, by nadal nikt niczego nie rozumiał.
M o t t o : Cała zawiła relatywistyczna interpretacja świata ma na celu obronę tych dwóch wzorów
![]()
Zaprawdę powiadam Wam, że nawet gdyby śmieszni byli ci, co eteru bronili, to nie aż tak.
Ale istnieje
już teoria echolokalizacji galileuszowskich, opisująca różne echosondy a nie tylko
radar Einsteina. Bo np. także radar echolokalizujący wartości spoczynkowe, a to
właśnie on pozwala szczególną teorię względności (STW) uczynić wyobrażalną, bo galileuszowską,
czyli euklidesową. A niniejszy blog tylko o tym informuje.
Jednak gdy chcesz o tym podyskutować, to najpierw trochę z tego
przeczytaj.
***
Jaki jest świat, czyli nowe idee w fizyce, zwłaszcza w fizyce czasoprzestrzeni,
znajdziesz w tej mojej witrynie.
Ale jeśli jesteś za-ciekawą humanistką, to już zajrzyj
w moją prozę www.fizyka_dla_Pań (fizyka dla współczesnych
Pań). - To nie fizyka - to filozofia Przyrody. Bez wzorów i wykresów.
Albo zobacz np. co to jest
dylatacja.
- Czy zgadzasz się z tym, że świat jest z zasady
niewyobrażalny? Beznadziejnie...
Jeśli tak, to daj sobie spokój. Bo ja piszę do tych, którzy uważają że prawdę mówi tytuł tej notki (jest to cytat ze strony "http://www.phys.uni.torun.pl/publications/kmk/01Fiz-umyslu.pdf" - ale ona nie o fizyce).
P.S. - Tylko powyższe dwa wzory
Einstein wyprowadził z modelu - z ortokartezjańskiego, wyobrażalnego. Tylko dwa.
I przez to przy reszcie trzeba teraz mocno kombinować - i podpierać ją „modelami
niewyobrażalnymi”.
Ja te wzory piszę inaczej - by rozróżniać różne rodzaje
echolokalizacji i by móc pisać wzory wszystkim echolokalizacjom wspólne, czyli ogólne.
- One są tutaj, w tej witrynie.
I znów powiadam Wam, że kto to zrozumie, już nie zazna spokoju.
***
W roku 1986, po, jak mi się
zdaje, 7 latach - na pewno nie mniej - fanatycznego wysiłku, gdy już wiedziałem
wszystko, rozesłałem następujący tekst:
Gdyby Einstein współrzędne liczył wzorami
![]()
to relatywistycznych paradoksów by nie było.
- I zacząłem pisać pierwszy
z moich fundamentalnych Zeszytów pt. "Z1. - Czy radar źle mierzy?". - To był wielki
początek, jak się okazało, niczego.
Teraz dodam, że ostatnimi wzorami na współrzędne eT radar
liczy wartości spoczynkowe, a nie relatywistyczne, jak u Einsteina (echosonda eR,
tutaj powyższa pierwsza para wzorów). Oznacza to, że mój radar eT, lokalizując światłem,
nie liczy paradoksów. A to bardzo upraszcza świat i fizykę.
Najczęstszym zarzutem jaki mnie spotyka, jest ten, że
nie ma u mnie definicji i np. przykładów. - Odpowiadam: U mnie są same definicje.
I dlatego nie rzucają się w oczy (nie wyróżniają sie). - Ale oczywiście są one nie
w blogach, ale w tej witrynie, o której moje blogi mają tylko informować.
A przykłady? - Czy strona Dylatacja
większa niż u Einsteina, w tejże witrynie, nie jest przykładem dylatacji większej
niż u Einsteina? - Czy muszą być liczby szczególne (może najlepiej naturalne)? -
Jeśli tak, to podstaw je i rachuj. Ja arytmetyki tutaj nie potrzebuję.
Ale zarzut że nie zdefiniowałem współczynnika K (i jego kwadratu),
powala całkowicie. Bo w tym wypadku zarzucający nie tylko się nie pofatygował (by
te definicje zobaczyć - wystarczyło kliknąć link, w witrynie), ale może nie zna
np. takiego wzoru:

- A to wzór przecie podstawowy - to znany wzór na prędkość Einsteina (indeksem R informuję tylko, że to właśnie Einsteina, relatywistyczna; bo ja podaję także wzory na kilka innych prędkości). - A w witrynie często pojawia się tożsamość K2 ≡ K2. - I to powinno wystarczyć. Zwłaszcza że w witrynie ta tożsamość jest wielokrotnie objaśniana (i definiowana). - Współczynniki K i K2 są powszechnie znane, tylko może częściej są pisane minuskułą („małymi literami”), a ja małym k (z indeksami) oznaczam współczynniki Dopplera. Co też jest powszechnie stosowane. (Inna sprawa że współczynnik K i jego kwadrat był dotychczas stosowany jako „wygodny współczynnik” a dopiero ja pokazałem - zdefiniowałem - czym on jest, fizycznie; że K2 ≡ K2 jest współczynnikiem echa, czyli iloczynem współczynników Dopplera.).
Po tych wyjaśnieniach, może już bez trudu zrozumiesz poniższe teksty. - A jeśli nie, poszukaj definicji lub objaśnień, w odpowiednim fragmencie witryny - gdy akurat nie widzisz linka, skorzystaj ze Słownika (link do niego jest zawsze widoczny - w górnym a na pewno w dolnym pasku każdej strony).
Einstein powiedział że foton w każdym układzie
pędzi z szybkością c = 300 tys. km/s. I to jest najświętszą prawdą. Potwierdzoną
na wszelkie sposoby. - Tylko że to nie jest jeden i ten sam foton - w każdym układzie
pędzi jego inny egzemplarz.
Ale dokładnie to nie całkiem tak.
Między fizyką Einsteina a tym co ja proponuję, różnica tkwi w fundamentach. Mianowicie Einstein wartości spoczynkowe tylko mierzy (w spoczynku) a ja także je echolokalizuję - sygnałem wysłanym i odbitym (do i od także ruchomego obiektu), tak jak ainstainowskie wartości relatywistyczne, ale innymi niż Einstein, wzorami. Dlatego np. paradoks czasu (dylatację) Einstein pisze, w przyjętej tu nomenklaturze, tylko tak
t1R / t1T = gRT - Einstein pisał to tak: t' / t = g
a ja tak

Innymi słowy, Einstein echolokalizuje tylko wartości relatywistyczne
(spoczynkowych nie potrafi) a ja echolokalizuję wszystko - dosłownie! - światłem
Michelsona, czyli sygnałami eT.
P.S. - Także Einstein w swoim wzorze może podstawić
![]()
ale za swoje! t (w pierwszym wzorze) nie podstawi żadnego wzoru („radarowego”) - bo nie zna wzoru pozwalającego czas spoczynkowy zecholokalizować.
Gorzej - Einstein nie zna żadnego „radarowego” wzoru pozwalającego zecholokalizować wartość „spoczynkową” (prawdziwą) jakiejkolwiek wielkości fizycznej, dla obiektu ruchomego względem echolokalizującego go radaru.
I dlatego, by móc wartości spoczynkowe liczyć, wymyślił (zdefiniował) paradoksy - właśnie one przeliczają zecholokalizowane przez Einsteina wartości relatywistyczne, w wartości spoczynkowe. Które ja echolokalizuję bezpośrednio, bez paradoksów.
Paradoksy są dumą współczesnych fizyków a wg mnie są zbędnymi protezami, upośledzającymi całą współczesną naukę.
Ta moja umiejętność pozwala zbudować STW Einsteina (jego szczególną teorię względności) w nowy sposób - w wyobrażalny (euklidesowy). A to oznacza przewrót w fizyce i w filozofii, bo przywraca klasyczny pogląd na świat. Ale już na świat z sygnałami (oddziaływaniami) o skończonych szybkościach.
- Ale dlaczego u Einsteina wszystko się zgadza?
- Co się zgadza?
Dlatego wszystko się zgadza, bo nie wiadomo co. Bo jeden paradoks zderza się z następnym i w tym bałaganie nie wiadomo co się dzieje. Naprawdę, fizycznie, w rzeczywistej czasoprzestrzeni. I każda interpretacja jest poprawna, byle napędzała błędne koło paradoksów. W kółko Macieju. - Na zewnątrz „wszystko” się zgadza, ale co naprawdę się dzieje, nikt nie ma pojęcia.
I właśnie moje wzory - i modele - wyobrażalne! - z trywialną prostotą to wszystko wyjaśniają.
Wzory i modele, a nie jakaś proza nawiedzająca mnie ze źródeł astralnych.
Powyższe skopiowałem z mojego bloga fizyka.blox - z którejś jego starej wersji.
A niżej fragment innego tekstu, pozwalający zrozumieć o co chodzi z tym t0 oraz t0.
Czy wiesz dlaczego Einstein odrzucił wzory (1) na własne współczynniki Dopplera, a pozostawił wzory (2) na własny czas i na własną długość, czyli na dylatację i kontrakcję?
|
(1). |
k1 = K · g |
k2 = K /g |
|
(2). |
t = t' · g |
l = l0 /g |
- Przecież to takie same wzory! - Gdy, jak tu, napiszemy je w tradycyjnej symbolice.
Obecnie powyższe wzory piszę jednak tak:
|
(1.a). |
k1R = K · g R |
k2R = K /gR |
|
(2.a). |
t1R = t1T · g RT |
lRT = lT /g RT |
- Zobacz np. indeksy literowe i indeksy liczbowe. - Więcej jest w całej tej reklamce nowej fizyki galileuszowskiej, mieszczącej w sobie wiele „fizyk” (echolokalizacji - także „relatywistycznych”), o istocie której informuje ta reklamka.
By zbilansować rozpady, Pauli wymyślił neutrina, których
tak naprawdę do dzisiaj nie wykryto eksperymentalnie, bo są aż tak przenikliwe,
jakby ich nie było. Tym bardziej, jako że są pozbawione ładunku elektrycznego -
neutralne - nie pozostawiają śladu w emulsjach ani w innych komorach. - Nima ich.
Absolutnie.
- Ale mimo to, tak neutrina ratują rozpad mionu
![]()
- Czyli mion „rozpada” (zamienia) się na elektron i coś jeszcze, czego jakby nie
ma, ale fizykom (współczesnym) jest bardzo potrzebne.
A może mion jest szybszym elektronem? Niż się zdaje fizykom.
I z tego powodu, przeliczając go relatywistycznie, otrzymują masę spoczynkową większą
niż elektronu?
Bo przecież w fizyce kwantowej i, przy prędkościach okołoświetlnych,
także w relatywistycznej, niczego się nie mierzy. Wszystko się liczy. Jakimiś wzorami
- dowolnymi. - I się mniema.
Prawdę o tym jak i dlaczego „rozpadają” się cząstki, pokazują
może moje minichrony.
Neutrino wymyślono po to, by uzupełnić niespodziewany deficyt
energii (pędu, masy) produktów rozpadu. A teraz ilekroć trafi się na taki niedobór,
rozlega się wołanie: A nie mówiłem! Jest neutrino! - Czyli kółko Macieja. Dowód
mniemany.
Na szczęście dla fizyków (współczesnych), bezpośrednio niczego
nie można zobaczyć a tym bardziej zmierzyć. - Nawet tory cząstek powstających w
akceleratorach, rysują komputery - zaprogramowane tak, by właśnie tak rysowały (jak
wymaga fizyka współczesna). - Tak, naprawdę można udowodnić wszystko.
Ale ja nie twierdzę że neutrin nie ma - mogą nimi być te zaburzenia
próżni, które w odbiornik uderzają z szybkością inną niż c = 300 tys. km/s czyli
nie sprzęgają się elektromagnetycznie.
- Czy istnieje cząstka o zerowej masie spoczynkowej, której masa
pojawia się dopiero w ruchu? - To może tylko różnica masy (pędu, energii), potrzebna
do poprawienia wyników uzyskanych dla cząstki materialnej, wzorami fizyki współczesnej.
Ale w fizyce kwantowej wspomniana relatywistyczna poprawka
nie wystarcza. I dlatego wymyślono neutrina. Dopiero nimi „poprawiono” błędne rachunki.
Zbilansowano rozpady. A potem jeszcze innymi „cząstkami”, wirtualnymi i nie.
Ale foton istnieje. Nie znaczy to jednak że ma zerową masę spoczynkową.
Bo foton nie istnieje w spoczynku. - Fotonem jest sygnał uderzający w materie
tylko! z szybkością c = 300 tys. km/s. I z żadną inną. - Nie ma fotonów w
locie, pędzących od nadajnika (źródła) do odbiornika (detektora). Nawet z tą szybkością
c. - Dopiero gdy uderzą z szybkością c ... Bo gdy uderzą z inną szybkością,
fotonem się nie staną. Nie sprzęgną się elektromagnetycznie. Elektromagnetycznie
przenikną. A może raczej nieelektromagnetycznie.
„Dziś wiemy, że każda cząstka elementarna ma swoją antycząstkę
o takiej samej masie, lecz przeciwnym ładunku.” - A to znaczy że każda cząstka
bywa, czasem, tachionem. Bo tylko on postrzegany jest jako para cząstka-antycząstka.
- To pokazują wspomniane minichrony.
A relatywistycznego wzrostu masy, też żadna waga nie potwierdziła.
- Może to jednak większa prędkość? Niż fizykom się zdaje.
To są moje myśli nieuczesane. Tylko dla mnie. Więc nie będę ich czesał. - To jest
moje bleble.
Ponieważ szybkość światła jest w STW największą z możliwych, a okazuje się że pędy i energie są znacznie większe niż klasycznie z relatywistycznie pomniejszonych szybkości wynika, to wymyślono relatywistyczny wzrost masy (o czynnik Lorentza). I znów wszystko się zgadza. - Ale to żadna sztuka tak korygować swój błąd - kolejnym błędem. Zwłaszcza, że już po pierwszym błędzie wszystko straciło sens, normalny, i już nie wiadomo o co chodzi.
Potem już każdy błąd uzasadnia błąd następny. Np. to że tak relatywistycznie „spowolniona” cząstka wyryła w emulsji dłuższy ślad niż powinna, oznacza że „dłużej żyła” i dzięki temu pędziła dłużej - bo jej czas wolniej, niż nam, płynął. A nie, że po prostu pędziła szybciej, klasycznie a nie relatywistycznie. - I znów skorygowano to tym samym czynnikiem Lorentza. - To jest tak, jakbyś powiedział że 2 + 3 = 10 ale że 3 = 8 bo „relatywistycznie” wzrosło o 5.
Trzeba jeszcze dodać, że powyższe jest jeszcze bardziej „wiarygodne”, bo nie tylko relatywistycznie czas cząstce się wydłużył, ale na dodatek droga (przestrzeń) się jej relatywistycznie skróciła. Też o ten czynnik Lorentza. - Ten czynnik działa raz w te, raz we w te. Zawsze tak jak trzeba.
Któryś z wielkich matematyków powiedział że Bóg stworzył tylko liczby naturalne (bo niby są one takie doskonałe) a pozostałe wymyślił człowiek. - Wg mnie, zwłaszcza urojone...
Właśnie - liczby urojone. - W mojej fizyce liczb urojonych nie ma. Czyli gdy u Einsteina się one pojawiają, to u mnie nie.
Ale to zagadnienie wydaje mi się aż tak ważne i poważne, że do tego bloxa nie przystaje. Dlatego zaraz omówię to gdzie indziej. Teraz powiem tylko, że to oznacza, że wzorami Einsteina nie wolno echolokalizować obiektów nadświetlnych (ogólnie - nadsygnalnych, czyli tachionów; dla nich istnieją inne wzory - ja je znam).
I już zdradzę, że Einstein opisał tylko świat podsygnalny (tardionowy). I powiedział że to świat jedyny. I to jest jego błąd.
Dodam jeszcze (niech się humaniści załamią), że:
Współczynnik echa fizycy piszą jako potęgę K2 czym sugerują że jest to zawsze dodatni iloczyn dwóch jednakowych wartości „jakiegoś” współczynnika K, a naprawdę jest to iloczyn obu, w ogólności różnych współczynników Dopplera k1,k2. I z tego powodu K2 ≡ K2 bywa też ujemny. Jednak nie grozi to żadnymi urojonościami, bo dla K2 ≡ K2 ujemnego, w żadnym wzorze nie pojawia się jego nieupraszczalny pierwiastek K. - To, jak otrzymałem definicję współczynnika echa, możesz prześledzić w rozdziale Definicje - zacznij od Równania echa. - Zobaczysz tam także, na stronie Echolokalizacje pod- i nadsygnalne a antymateria, kiedy K2 jest plus a kiedy minus.
Bo ja moją przygodę z fizyką zacząłem od wzorów ogólniejszych niż Einstein - jego fizyka jest tylko tardionowym fragmentem fragmentu mojej fizyki. - Gdy z moich wzorów ogólnych wyprowadzam wzory tardionowe (czyli dla dodatniego K2 ≡ K2 ), czyli także wzory Einsteina (Einstein kilka ważnych wzorów przegapił), to też uzyskuję pierwiastek K (pierwiastek z K2 ≡ K2 ), natomiast gdy z tych samych moich wzorów ogólnych wyprowadzam wzory tachionowe (czyli dla ujemnego K2 ≡ K2 ), to nieupraszczalny! pierwiastek K się nie pojawia - wzory tachionowe nie pozwalają się do takiej postaci sprowadzić.
Nie dostrzeżeniem echolokalizacji odwróconej Einstein, nieświadomie, zapostulował nieistnienie obiektów nadsygnalnych.
-
Czyli tachionów (i antymaterii).
Wniosek (genialny!): Mimo że liczby zespolone są wygodne (np. w piękny i/bo wygodny sposób pozwalają liczyć przebiegi quasi-ustalone - harmoniczne), to, wg mnie, są one wybiegiem kryjącym, także przed nami, jakąś naszą niewiedzę - nie tylko o prądach zmiennych ale np. o całym elektromagnetyzmie. - Pojawienie się liczb urojonych świadczy o tym, że mamy szukać innych wzorów - ogólniejszych. - W świecie ogólniejszym.
(skopiowane z w/w mojego bloga fizyka.blox).
Kiedyś spytałem:
Co wynika ze wzorów c+V = c c+c = c
- czy mówią one jak transformuje szybkość światła, czy że nie transformuje ona w ogóle ?
I pytanie najważniejsze:
Czy równania Maxwella muszą transformować?
Teraz pytam:
Czy równania Maxwella mogą transformować?
Może na tym polega Zasada Świata, że nie. A nie że tak, a w efekcie na dziwacznym Einsteina świetle niewiadomojakim, co to zawsze, względem wszystkich i każdego, biegnie z tą samą szybkością c = 300 tys. km/s. „W każdym układzie”. Jakoś.
A wszystko od tego się zaczęło - od spostrzeżenia że równania Maxwella nie transformują po galileuszowsku. I nie wyrażeniu na to zgody. Od szukania transformacji która by, ze zmianą szybkości źródła a może odbiornika światła, tak przekształcała równania Maxwella, by ich nie przekształcała. Bo na tym polega istota transformacji wzorów - by zachowywały swą strukturę.
A może niezupełnie o to chodzi. - Powinienem poszperać w podręcznikach a może we wszystkowiedzącym Internecie. I może później to zrobię. - Teraz pospiesznie zapisuję nagłą myśl. Inspirację.
Bo mimo że na powyższe pytania odpowiedziałem już dawno, to jednak teraz znalazłem nowe, jak mi się zdaje przystępniejsze, sformułowania, które zaraz tu w skrócie przedstawię.
Einstein i ja zdefiniowaliśmy swoje światła na czasoprzestrzennych diagramach swoich echolokalizacji. Mianowicie:

1R = c
2R = - c
światło eR - Einsteina;
1T = VT
+ c
2T = - c
światło eT - moje.
I Einstein powiedział że jego światło spełnia (potwierdza) negatywny wynik eksperymentu Michelsona-Morleya, ale w jakimś innym sensie. W takim, że ani w jego wzorach ani na jego diagramach, go nie widać. - Bo że moje światło spełnia to co chciał Einstein, widać wszędzie. I to w zwykłym sensie, bo po galileuszowsku. Ale by to dostrzec, potrzebny zwykły mózg. Bez dostrzegalnych ubytków i nie zdegenerowany „ewolucyjnie”. Czyli niezgoda na banialuki w fizyce.
Einstein więc, by swoje światło ratować, nawymyślał mnóstwo dziwacznych jego właściwości. Więcej niż niegdyś dla ratowania idei eteru. I swymi fantazjami dokładnie okaleczył (udziwnił) świat.
- W swoim drugim postulacie Einstein zapostulował nie światło, ale „jakiś inny sens”. Bo bez niego jego fizyka nie przetrwała by nawet sekundy.
Obszerniej omawiam to w mojej fizyce dla współczesnych Pań, która jest częścią tej mojej witryny.
A ponieważ notka ta już jest przydługa, resztę, zwłaszcza trochę o modelu próżni, napisze może w następnej notce. Może pt. Światło - czym ono jest. - Wyniknie z niej że światło nie może transformować. Ani równania Maxwella. - Transformują tylko - galileuszowskie! - sygnały, które mogą stać się światłem. Fotonem tylko i wyłącznie jednego odbiornika. W który uderzy z szybkością c - tylko w niego.
- Nie ma lekko - twoje myślenie musi być także twoim wysiłkiem.
Ale tego co wymyślił Einstein, i tak nie zrozumiesz. Bo nikt nie rozumie. Bo np. Einstein wymyślił że istnieje dylatacja i kontrakcja. I że dylatacja to spowolnienie czasu (zegarów). W jej wyniku ruchome zegary (dowolne obiekty) się spóźniają (wolniej się starzeją). Spowolnienie trwa tylko póki trwa ruch, ale opóźnienie narasta (się sumuje) i pozostaje także po ustaniu ruchu - podróżujący bliźniak pozostaje młodszy od bliźniaka-obserwatora, także gdy już siądzie obok niego na ławeczce, ale ich zegarki znów zgodnie chodzą (znów jednakowo szybko się starzeją). Np. jeden bliźniak ma teraz 10 a drugi 100 lat (ten który nie podróżował), ale za rok, gdy dup ani na chwile od ławeczki nie oderwali, będą mieli 11 i 101 lat. Już o jednakowy rok będą starsi.
Czyli jest gorzej niż z kontrakcją, bo o niej można powiedzieć że obserwatorowi tylko się wydaje że ruchomy pręt się skraca, bo gdy stanie (względem obserwatora znieruchomieje), to pręt powróci do swej normalnej (spoczynkowej) długości. się „odpręży”.
Zaś dylatacja to takie cuś, że cudzy czas u mnie wolniej płynie. I nie dlatego że widzę iż cudze, ruchome względem mnie i odległe ode mnie zegary w stosunku do mojego się spóźniają, ale że tak wychodzi ze wzorów Einsteina. - Na oczy tego nikt nie widział (także np. takich bliźniaków). A wszelkie dowody są bardzo pośrednie. Zawsze są tylko wydumanymi wnioskami z jakichś innych, bardzo od tematu odległych obserwacji czy eksperymentów. Dotyczących jakichś zupełnie innych tematów. I to wydumanymi tymi wzorami, których poprawność miano właśnie udowodnić. Czyli biblie biblią, albo w kółko Macieju. A tak, wiadomo, można udowodnić wszystko.
I fizycy współcześni chcą by tak pozostało, bo najlepiej udowadniać to czego nikt nie rozumie. I gdy wystarcza udowodnić tak, by nadal nikt niczego nie rozumiał. Czyli tak jak jest. Teraz.
Ale o tym już trochę było niżej. - Niestety fabryka gazeta.blox i to skutecznie zniszczyła. A był to duży i bardzo ważny wykład o kontrakcji i dylatacji. - Na szczęście znalazłem jego marną, przestarzałą namiastkę. Oto jej kopia.
- A transformacje Lorentza - czym one są?
Wbrew temu co się uważa, nie przeprowadzają one jednego i tego samego zdarzenia z jednego do drugiego świata (własnego) - z nieprimowanej czasoprzestrzeni do primowanej - ale wiążą dwa różne zdarzenia w jednej i tej samej czasoprzestrzeni. Dlatego transformacje Lorentza nazywam parabitransformacjami.
A względność to coś takiego co jest jednocześnie tak i odwrotnie, zaś superwzględność ;)) polega na tym, że albo tak albo odwrotnie, czyli że tak jak uważa Einstein, albo odwrotnie, czyli jak ja. Czyli że jeden i ten sam foton biegnie przez różne światy, albo że różne fotony biegną przez jeden świat. Czyli że absolutny jest albo foton, albo świat. Przy czym jeśli foton, to nie zrozumiesz świata, a gdy przyjmiesz że absolutny jest świat, zrozumiesz wszystko.
A dlaczego „superwzględność”? - Bo to ładnie brzmi. A poza tym to względność poglądu na świat. A przynajmniej fizyki. - Bo też może być tak albo tak, a i tak „wszystko” będzie się zgadzać. Z tym jednak że nie zawsze będziesz wiedział „co”.
PS. - Później, z książki „5 prac, które zmieniły oblicze fizyki”, dowiedziałem się
że Einstein nie narysował żadnego diagramu - w znajdującym się tam artykule „O elektrodynamice
ciał w ruchu” nie ma żadnego obrazka (i dlatego Einstein tam strasznie relatywistycznie
ględzi).
A to była rewelacyjna notka w moim w/w
blogu fizyka.blox,
ale fabryka gazeta.blox ją też zżarła.
- Niżej kopia jej przestarzałej namiastki:
A w konsekwencji i spowolnienie zegarów. Ruchomych względem ciebie (względem obserwatora). Czyli ruchome zegary wolniej się starzeją (wolniej odmierzają czas, wskazują jego wolniejszy upływ). - Każdy obiekt materialny, a na pewno makroskopowy, jest (starzejącym się) zegarem. - Przy czym antymaterie fizycy uważają za młodniejące zegary - jej czas płynie wstecz. Do tyłu. Oczywiście dla każdej antymaterii też inaczej. I też obiektywnie. - W jakichś „własnych antyczasoprzestrzeniach”?
Bo mówiąc że czas relatywistycznie się wydłuża, nic nie mówisz. Z równym powodzeniem, bo także bez sensu, możesz powiedzieć że czas się skraca. - Ale ponieważ skracanie (długości przestrzennej, nie czasu) w STW (Szczególna Teoria Względności) nazwano kontrakcją, a z czasem jest odwrotnie, więc dla odróżnienia ainstainowski paradoks czasu nazwano inaczej - dylatacją. - A że kontrakcja znaczy tu skrócenie, to dylatacja (jako że odwrotnie) musi być wydłużeniem. I stąd cały ten nomenklaturowy ambaras.
- A dlaczego z czasem u Einsteina jest odwrotnie niż z długością (odległością)?
- Bo we wzorze Einsteina czas (spoczynkowy) mnoży się przez czynnik Lorentza, a długość się dzieli. A że dla prędkości podświetlnych czynnik Lorentza jest większy od 1, więc to co przez niego mnożone, rośnie (czas „wydłuża” się), a co dzielone, maleje (skraca się - długość przestrzenna).
Dodam jeszcze, że wszystkie relatywistyczne (ainstainowskie) paradoksy zachodzą wyłącznie w obiektach względem obserwatora ruchomych. Bo sam dla siebie, nikt się nie skraca, ani wydłuża. (Och ta polszczyzna - ona absolutnie nie nadaje się do fizyki. - Tyle w niej przeczeń bez znaczenia, które musisz pomijać... - Ale ja ją tylko umiem.). - Einsteinowskimi wzorami liczymy to, co tu wyłożyłem.
„Chwile” (okresy, np. sekundy) trwają dłużej (wydłużają się), czyli czas wolniej płynie - ruchome zegary wolniej tikają i się starzeją. Niż nasz - nieruchomy względem nas. - Tak się współczesnym fizykom wydaje. Że tak się wydaje relatywistycznemu obserwatorowi względem obserwowanego obiektu ruchomego. Albo odwrotnie - że tak się wydaje obserwatorowi względem którego porusza się obserwowany (przez niego) obiekt. Bo to wszystko jedno i nie ma co se tym dupy truć.
Dodam też, że wszystkie relatywistyczne paradoksy wywodzą się z STW - OTW (Ogólną Teorie Względności) Einstein tak budował, by zostały one w niej zachowane. - Temu kto twierdzi że można mówić że pochodzą one z OTW, bo Wzory OTW też je liczą, podpowiadam że można powiedzieć jeszcze ogólniej - że pochodzą one (paradoksy) z Nauki. - Bo to jest mniej więcej tak, jak twierdzenie że to, że 2 razy 2 równa się 4, wynika z rachunku całkowego. - Może można i tak, ale co to daje?
Moim zdaniem fizyki nie wystarczy umieć - trzeba ją rozumieć.
OTW nie nadaje się do liczenia zachowywania się tramwaju jadącego po moście, ale najwyżej dla z mostu spadającego - jednak spadki lepiej (wygodniej) liczyć klasycznymi wzorami Newtona. - OTW jest niezbędna do liczenia czarnych dziur i innych takich dupereli, których nikt jeszcze nie widział.
Komentarze.
Kilku wybitnych fizyków, w tym co najmniej 1 noblista (nazwisk nie pamiętam), powiedziało że w fizyce eksperymentatorzy zawsze udowodnią to, co wymyślą teoretycy. - I tak jest. W fizyce współczesnej. - Bo najłatwiej udowodnić to, czego nikt nie rozumie. I gdy wystarcza udowodnić tak, by nadal nikt niczego nie rozumiał.
Natomiast dawni fizycy (klasyczni) przestrzegali takiej oto zasady: Teorie nieweryfikowalne, należy odrzucić. - Czyli jeśli nie możesz sprawdzić czy ruchomy pręt się skrócił (kontrakcja), bo tak samo skróciła się także twoja linijka którą pręt chcesz mierzyć, to taką teorie należy o dupe rozbić (za przeproszeniem).
Czyli: Coś czego nie można zmierzyć jednoznacznie bo bezpośrednio, ale tylko pośrednio, czyli z jakiś odległych danych, wzorami weryfikowanej (!) właśnie teorii liczyć, to... (jak wyżej).
Niestety. Tak surowym klasycznym wymaganiom nie sprosta już ani teoria mikroskopowa (kwantowa, a tym bardziej subkwantowa), ani teoria Kosmosu (np. OTW). Bo rozpatrywanych w nich obiektów nie potrafimy mierzyć także z innych powodów - bo są albo za małe, albo za duże, albo za daleko lub za szybkie (albo za wolne). Czyli pozostają tylko rachunki. A wtedy właśnie nawet najdzikszą teorie zawsze można „udowodnić”. - To istny raj dla fizyków-metafizyków. Dla najfantastyczniejszych bredni. Bo już niczego, jednoznacznie, sprawdzić się nie da.
I to jest cała beznadzieja współczesnej nauki. I filozofii. - Teraz można z pełną powagą głosić co tylko ślina na język przyniesie a rzemieślnicy (eksperymentatorzy) i tak, gdy to polubią, to udowodnią. - Np. dylatacje czasu. Czyli to, że w jednym miejscu (i w obszarze), znajdują się różne czasoprzestrzenie. Że w tym jednym i tym samym miejscu, dla różnych obiektów z różną szybkością płynie czas. Zależnie od tego z jaką szybkością te obiekty od ciebie się oddalają, lub do ciebie się zbliżają.
Zobacz ciąg dalszy.
- Niestety, ciąg dalszy też fabryka zżarła. I nie mam z czego go odtworzyć, a od nowa go nie wymyśle - za dobre to było. Niepowtarzalne.
Encyklopedia Fogra (obecnie Wiem), mówi:
Dylatacja czasu, wydłużenie czasu, efekt opóźnienia zegara będącego
w ruchu w stosunku do zegara spoczywającego w układzie inercjalnym (ogólna teoria
względności Einsteina).
- Naprawdę! ma być szczególna teoria względności. - W OTW chodzi
o dodatkową dylatację, spowodowaną grawitacją, a nie ruchem inercjalnym. - Zobacz
Wikipedia.
Który widział wszystko natychmiast - także sygnały w locie. - Jego oczami widziałem więcej. Spoglądając z poza świata (a przynajmniej z zewnątrz badanego układu). - I zacząłem to rysować. Jako ortokartezjańskie diagramy czasoprzestrzenne.
Spróbujcie.
Bo wcześniej uważałem że:
Świat Obiektywny, to materia i ruch, a więc masy, energie, pędy i inne klasyczne wielkości dynamiczne. To materia skupiona w złożonych obiektach i elementarna materia błądzących w pustce, eteronów (eterony są więc kwantami materii). Złożone elementy tego świata (obiekty) oddziaływają między sobą za pośrednictwem sygnałów o różnych szybkościach, przy czym sygnały te są rozprzestrzeniającym się zaburzeniem próżni, wywołanym istnieniem lub ruchem obiektów i ruchem eteronów, docierającym do innych obiektów w postaci „fali” (roju) zaburzonych eteronów. Obiekty więc oddziaływają na odległość z innymi obiektami za pośrednictwem opóźnionych i zniekształconych (relatywistycznie) „obrazów”. Spostrzegają się więc wzajemnie nieprawdziwie. Obiektywną prawdę mógłby widzieć (gdyby istniał) jedynie hipotetyczny obserwator K, spostrzegający wyłącznie za pomocą abstrakcyjnych sygnałów o nieskończonej szybkości, a więc natychmiastowo i bez zniekształceń.
Obserwator K widzi wszystko, natychmiast i prawdziwie, ale nie o wszystkim nam mówi. Mówi niechętnie i najczęściej odpowiada tylko na postawione mu przez nas pytania. Jednak w dociekaniu prawdy obiektywnej skazani jesteśmy wyłącznie na jego pośrednictwo – tylko na podstawie uzyskanej od niego informacji możemy wyobrazić sobie model Świata Obiektywnego. Praktycznie model ten tworzymy na podstawie dedukcji, interpretując informacje uzyskiwane z obserwacji dostępnego nam obrazu Świata Obiektywnego. Obraz ten będziemy nazywać Światem Obserwowanym.
Dociekając istoty Zasady Świata, powinniśmy Świat Obserwowany uwolnić od subiektywnych wrażeń zmysłowych, czyli zredukować go do Świata Zjawisk Obiektywnych. Jest to świat spostrzegany bezpośrednio (i relatywistycznie) przez pozbawione intelektualnej ciekawości obiekty. Będziemy więc, za pośrednictwem obserwatora K, śledzić i opisywać zachowanie się tych obiektów i wnioskować tylko o tym co one widzą (na co one reagują, czyli jak i za pomocą czego oddziaływają). Będziemy więc interesować się wyłącznie wrażeniami obiektywnymi a nie subiektywnymi, czyli wyobrażeniami, nie gubiąc jednak naszego podstawowego celu, czyli wyobrażenie sobie modelu Świata Obiektywnego, a więc, jak wspomniałem na wstępie, modelu świata rzeczy (i oddziaływań) samych w sobie.
Reszta tekstu zaginęła. Ale pamiętam że obserwatora K dokładniej nazywałem klasycznym obserwatorem K. Że był on poza obserwowanym układem, którym mógł być cały świat. Że obserwował go z zewnątrz. Widząc (natychmiastowo) nie tylko obiekty, ale i odległe realne sygnały o skończonych szybkościach, lecące do odległych, także od K, obiektów. - I, o czym już wspomniałem, chciałem by eterony nie oddziaływały na odległość, ale tylko bezpośrednimi zderzeniami. Uważałem też, że stała Plancka określa średni stan eteru (dyskretnej próżni) – to iloczyn masy eteronu, jego średniej szybkości i średniej drogi między ich zderzeniami.
Pamiętam też że zrezygnowałem z dokładnego opisu obserwatora K, bo ciągle go musiałem uściślać – stawał się on aż nierozsądnie ścisły (nuda nie do czytania).
Pisząc powyższe, nie wiedziałem jeszcze nic konkretnego – bo np. minichrony, czyli mechanizm powstawania (i znikania) antymaterii, opracowałem dopiero rok później (w maju 1985). – Jednak do roku 1984 stworzyłem już absolutny układ jednostek chG (ale zaraz potem przeczytałem gdzieś, że wyprzedził mnie Planck – nawet nadał mu tę samą nazwę) i podałem własną interpretację stałej grawitacji (ale wkrótce potem zobaczyłem w „Pierwsze trzy minuty” że wyprzedził mnie Wainberg – wtedy jednak znałem już lepszą interpretację, zdaje się że jako przyspieszenie rzednięcia masy, chyba próżni, w otoczeniu masy skupionej). Znalazłem już też mój relatywistyczny wzór na prędkość falową (fazową) Vf – to relatywistyczna średnia arytmetyczna z prędkości Vg+c i Vg -c. - O tych sprawach informowałem w sierpniu 1984. (Obecnie do tego wzoru na prędkość falową nie przywiązuje żadnej uwagi, bo znam już lepszy wzór. Wyprowadzony z modelu, a nie „wykombinowany”.).
Minichrony zbadałem tylko dla ruchu jednostajnego i jednostajnie zmiennego. I to tylko kinematycznie. Bo z faktu że wszyscy je zbagatelizowali, wyciągnąłem wniosek że to moja wina – że napisałem je językiem laika, który odstręczył fachowców (że kompromitował mnie w ich mniemaniu). Postanowiłem więc poznać język współczesnej fizyki. I zacząłem od Einsteina. W efekcie i u niego dostrzegłem antymaterię – w echolokalizacjach materii nadświetlnej (tachionów).
Tak to wtedy widziałem i zanotowałem. - Wierzyłem jeszcze w świat relatywistyczny.
- Powyższe napisałem ćwierć wieku temu. - Jak widać, nie tylko teraz jestem
młody.
Mój program chyba niewiele się zmienił. Tylko że nie chcę go już realizować.
W każdym systemie jest coś niedefiniowalnego - albo istota rzeczy, jak chce Kant, albo jej początek, jak chce każda religia. A może to jedno. - Wszystko jedno czy to Bóg, masa czy energia, jajo czy kura, duch czy materia - jest coś, czego w danym systemie nie można zrozumieć. - Chyba to powiedział Kurt Gödel.
A w
fizyce nie zdefiniowanych jest wiele pojęć „pierwotnych” - w zasadzie każdy „ładunek„
1.
_____________________________
1 - Prof. Jan Gomułkiewicz
w swej książce „Fizyka ogólna” wymienia wiele pojęć niedefiniowanych (niedefiniowalnych),
a to, wg mnie, może znaczyć, że tyle jest oddzielnych systemów, które łączą się
w jedną fizykę jej „stałymi”, definiowanymi w jednym systemie, wielkościami (pojęciami)
z innego systemu.
W fizyce istnieje wiele oddzielnych dziedzin, takich jak „nauka o elektryczności”, „nauka o elektromagnetyzmie”, które już zintegrowały się w jedną „naukę o elektromagnetyzmie”. - Ale czy ta wspólna już nauka posiada jeden wspólny ładunek, np. tylko ładunek elektryczny? Czy może obejść się bez ładunku magnetycznego? Czy potrafi ładunek magnetyczny zdefiniować przy pomocy ładunku elektrycznego (i kilku innych wielkości). Albo odwrotnie...
Wydaje mi się, że na drodze do jednej wielkiej fizyki,
nauki o wszystkim, te niedefiniowane ładunki powinny znikać, bo może wystarczy jeden.
Może elementarna masa, albo elementarna energia - jeden kwant. Czegoś jednego, może
wszystko jedno czego, byle było wygodne.
Maxwell połączył elektryczność z magnetyzmem, Einstein masę z energią, ale nie rozumiemy co to znaczy. Co znaczy np. iloczyn stałej elektrycznej i magnetycznej? Jego stałość, bo jest nim zawsze odwrotność kwadratu szybkości światła.
Kwadratem szybkości światła jest także iloczyn prędkości falowej (fazowej) i grupowej. - Wydaje mi się, że jest to jedna tajemnica. A na pewno jest to tajemnica struktury próżni.
- Czym jest kwant działania? I każda inna stała wymiarowana (a nie bezwymiarowy stosunek dwóch wartości jednej i tej samej wielkości, bo to tylko metrologia). - Ale kiedyś, gdy ciepło i energia były w różnych naukach, stosunek dżula i kalorii też był wymiarowany.
- Dlaczego nadal wymiarowany jest stosunek dżula i kilograma (masy)? - Czy masa i energia to jednak nie to samo? Nie aż tak jak ciepło i energia?
- Czy nauka o masie i nauka o energii nigdy nie były
odrębnymi naukami? Czy od początku była to jedna mechanika?
Prawdopodobnie
w każdym systemie musi być coś z zasady niewyobrażalnego,
ale prawdopodobnie nie musi być tego aż tyle, co we współczesnej fizyce.
A fizycy kwantowi przodują w wymyślaniu „ładunków” - zatykają nimi każdą dziurę. - Już prawie ich tyle co cząstek elementarnych. A one też, jak np. neutrina, potrzebne są do zatykania dziur (czarnych dziur teorii, czyli jej białych plam).
Tak myślę.
to na przełomie lat 1979/80 mieszkałem już sam i oglądałem teleturniej Wielka Gra. I postanowiłem nauczyć się fizyki aż tak by dorównać pasjonatom startującym w tej Grze. Bo niedawno wróciłem z ponad dwumiesięcznego pobytu w Bieszczadach i się nudziłem. Bo w Bieszczadach stałem się robolem. I pozostałem nim już do emerytury. Dlatego się nudziłem. - Ale natychmiast zrozumiałem, że to nie jest możliwe. Nauczyć się fizyki tak, by ją rozumieć. A inna znajomość, czegokolwiek, nigdy mnie nie interesowała. Postanowiłem więc uczynić fizykę zrozumiałą, wyobrażalną - fizykę współczesną !!! - Właśnie teraz znalazłem dowód na to, że miałem tylko taki zamiar. Nie chciałem niczego więcej. Mianowicie w zeszycie NOWA FIZYKA w roku 1984 zapisałem:
NOWA FIZYKA. - Mają nią być przeze mnie sformułowane prawa, pokazujące jak sygnały przekształcają świat obiektywny w jego dostępny nam obraz (obserwowany relatywistycznie).
Czyli jeszcze w 1984 roku wierzyłem w słuszność fizyki Einsteina.
Dopiero później zrozumiałem, że mogę zrobić więcej.
PS. - Ale nudziłem się już w Bieszczadach. I już w nich zacząłem rozmyślać. Zwłaszcza o przeznaczeniu i przypadku.
|
|
wersja 31.03.2012 |
|